Aby stanąć oko w oko z oszałamiającym technologicznym paradoksem rozwijającego się błyskawicznie kraju, pokonać musieliśmy we wnętrzu wozu Ambasador Mark IV około 90 kilometrów, poruszając się wśród płaskiego jak stół, trochę brunatnego, trochę szarego terenu Niziny Gangesu. Uttar Pradesz nie jest tak bezgranicznie biedny jak pustynny Radżastan, z którego ludzkie szkielety uciekają do wielkich miast, aby w pocie czoła harować w głębokich wykopach za kilkadziesiąt paisa dziennie (100 paisa to jedna rupia, czyli po oficjalnym kursie około 1/13 dolara). Ale do poziomu stopy życiowej przedmieść Madrasu jest tu tak daleko, jak na Księżyc.
Z tego wszystkiego co słyszeliśmy i widzieliśmy można wywnioskować, iż rząd oraz premier osobiście traktują te okolice jako rodzaj poligonu doświadczalnego cywilizacji. Stąd wywodzi się rodzina Ghandich. Rajiv — syn Indiry, dawniej kapitan — pilot pasażerskiego odrzutowca, dziś szef delhijskiego gabinetu, w parlamencie centralnym reprezentuje okręg Amethi niedaleko Jagdishpuru, dokąd właśnie zmierzamy. Podobno starannie wybrano adekwatne do warunków klimatycznych i glebowych modele rozwoju poszczególnych gmin. Postanowiono, że właśnie tam staną fabryki, a gdzie indziej zadba się o podnoszenie wyłącznie kultury rolnej. Na razie to początek traktu mającego wyprowadzić tych, którzy od pokoleń mozolnie zmagając się z ziemią usiłowali jedynie utrzymać się przy życiu, z ciemnoty i zacofania. Czasami jednak analfabetom o ciemnej jak heban skórze umożliwiono tak gwałtowny skok cywilizacyjny przez stulecia, że aż trudno w to wszystko uwierzyć.
W Jagdishpurze 3 marca 1984 roku Indira Ghandi uroczyście otworzyła podwoje nowoczesnej fabryki izolatorów należącej do ogromnego państwowego kartelu przemysłu elektrycznego Bharat Heavy Electricals Limited znanego już na światowych rynkach jako BHEL. O samym zakładzie można byłoby pisać w nieskończoność. O japońskich liniach technologicznych, o najwyższym standardzie kontroli jakości, o sporych sukcesach eksportowych, o wielce życzliwym Polakom dyrektorze S.K. Gupta i jego sympatycznych, a co ciekawe, niezwykle młodych inżynierach. Najważniejsze wszakże jest to, że zakład, kolonię domków załogi, farmy i tuczarnie dostarczające własnych produktów żywnościowych wzniesiono nie tylko po to, aby Indie przestały importować izolatory do potrzebnych jak woda w tym kraju linii przesyłowych wysokiego napięcia. Fabryka ma być bowiem dla zapóźnionego regionu centrum kultury technicznej. Tworzyć zupełnie nowych w tych stronach standard życia, przyzwyczajać stopniowo wieśniaków do życia nowoczesnego, do obcowania ze zdobyczami cywilizacyjnymi i technologicznymi.
Całkowicie muzułmańską wioskę Banbharija wybrano na chybił trafił. Właściwie niczym nie różniłaby się od zapomnianych przez historię siół, do których dotarliśmy, a gdzie byliśmy pierwszymi oglądanymi przez ich mieszkańców Europejczykami o dziwnej tutaj bladej cerze. Gliniane lepianki kryte liśćmi palmowymi i słomą z gromadami ślicznych, wszędobylskich dzieci taplających się beztrosko w gorącym błocie, byłyby takie same jak wszędzie, gdyby nie eksperyment fabryki w Jagdishapurze.
Tym ludziom mieszkającym pospołu z domowym bydłem postanowiono nagle przybliżyć świat schyłku XX wieku. Najpierw zbudowano wiejskie centrum kultury w postaci murowanego budynku z białej cegły, gdzie na honorowym miejscu ustawiono dar królewski BHEL — kolorowy telewizor. Cóż jednak począć skoro najbliższa linia elektryczna przebiega co najmniej kilkadziesiąt kilometrów od Banbharija. Słońca i wiatru w Indiach jednak nie brakuje. Fabryka sfinansowała instalację baterii słonecznych oraz minielektrowni wiatrowej, które ładują akumulatory, dzięki temu barwne ruchome obrazy stają się własnością wieśniaków. Ich ojcom takie luksusy nie mogły się nawet przyśnić.
Inżynier Vinay Prakash — chemik zatrudniony przez BHEL opowiadał jak na początku z niedowierzaniem dotykano przesuwających się za szklaną szybą obrazów. Dopatrywano się czarów. Bo w jakiż inny sposób żywych poruszających się ludzi można było pomniejszyć i uwięzić we wnętrzu małego pudełka... Dziś telewizor odbierający z satelity program w zrozumiałym powszechnie języku hindi nie jest już sensacją. Choć reakcje tych prostych ludzi przeniesionych raptem do innej epoki są zaskakujące 65-letni Khuda Baksh o niezwykle spracowanych zrogowaciałych dłoniach, przydybany przez nas z radłem na ramieniu powiedział: „Dobrze jest popatrzeć na program telewizyjny, ale mnie to specjalnie nie zajmuje...” 13-letni Isrer zafascynowany jest natomiast ruchem, przemieszczającymi się kolorami. Najbardziej przyciągają go sceny taneczne...
Dla nas polskich dziennikarzy ten egzotyczny dom kultury to dopiero przedsmak niezwykłości. Zaproszeni do serca Banbharija odkrywamy nagle wśród glinianych chałupinek... jarzeniówki ustawione na całkiem europejskich słupach z prawdziwego aluminium. Nad każdym słupem zainstalowano płaskie baterie słoneczne składające się z kilkunastu okrągłych zielonkawych fotokomórek. Po zmroku sioło od niepamiętnych czasów oświetlane nędznymi płomykami oliwnych kaganków zalewają strumienie białawej poświaty. Wszystko usytuowano tak, aby czyjeś skore do zabawy ręce nie rozmontowały precyzyjnej instalacji. Na początku oczywiście zdarzały się tego rodzaju psoty. Przecież niezwykle frapujące druty i kable aż zachęcały do manipulacji. Ale po kilku doraźnych naprawach technicy z fabryki zapowiedzieli, że cała odpowiedzialność za uszkodzenia spadnie na mieszkańców i... zabawy ustały.
Woda tutaj to symbol życia, nieodzowny czynnik płodności natury. Do jej czerpania zaprzęgnięto również słońce. Tym razem trzeba Było stworzyć sporej powierzchni daszek na palach, do którego wtopiono ogniwa słoneczne, aby dostarczyć energii poruszającej silnik pompy zanurzonej w studni. Teraz nie trzeba już skórzanych wiader i kołowrotu napędzanego siłą mięsni zwierząt pociągowych. Wystarczy odkręcić najbardziej konwencjonalny, oczywiście dla nas, kran i podstawić wiadro.
Flirt Banbharija z ogniwami, które wynaleziono kiedyś po to, aby ożywić organizmy krążących nad Ziemią pojazdów nie kończy się na 18 jarzeniówkach, pompie i telewizorze. Naczelnik zgodził się zademonstrować nam pracę najnowszego prezentu BHEL. Na centralny placyk wyniesiono duże płaskie pudło wielkości sporego telewizora. Pokrywa kryła wklęsłe zwierciadło skupiające na matowym, czarnym wnętrzu promienie słońca. Pokryte czernią naczynia doprowadzają do wrzenia zawartą w nich wodę po upływie około 30 minut. W ten sposób można ugotować w świetle naszej dobroczynnej gwiazdy słoneczną zupę w sercu indyjskiego interioru.
A lepiej jeść, w sposób higieniczny przygotowywać pożywienie to dla wieśniaków żyć bez ustawicznie trapiących te tereny schorzeń przewodu pokarmowego. Czy wykorzystują tę szansę? Dla każdej chaty przydzielono jedną kuchnię słoneczną wraz ze specjalnymi naczyniami. W sumie rozdano 90 kompletów. Inżynier Prakash jest prawie pewien, ze piece używa nie więcej jak 50—60 gospodarstw domowych. Reszta leży bezczynnie. To skala torującej sobie z trudem drogę cywilizacji. Trudno przecież podejrzewać, że wszyscy bez wyjątku zrezygnują od razu z dawnych przyzwyczajeń. Bo właśnie takie są współczesne Indie. Specyficznie przyrządzony koktajl supernowoczesnych technologii i skrajnego zacofania.
Wojciech Łuczak




