Na tym polegał zdaniem Marty i Romana cały urok, małżeństwo przecież nie powinno zabijać indywidualności ani tłamsić poczucia niezależności żadnego z partnerów.
Ta podniesiona do rangi naczelnej wartości niezależność ważna była, zdaniem obojga, również w ich pracy zawodowej. Jego, tzn. młodego, szybko pnącego się po szczeciach kariery inżyniera—konstruktora i jej — zdolnej plastyczki ze smykałką do robienia zabawnych drobiazgów chętnie branych przez butiki.
Dzięki paru dobrym pomysłom Romana nagrodzonych sporymi pieniędzmi, rzadkiej umiejętności godzenia ambicji artystycznej z potrzebami rynku Marty, ich status materialny mimo kryzysu był zupełnie przyzwoity. Zwłaszcza że na mieszkanie zdążyli się załapać w ostatnim dobrym roku przed kryzysem. I to na mieszkanie zupełnie przyzwoite. W dzielnicy Warszawy uznanej za nobilitujacą, trzypokojowe, o metrażu blisko 70 m kw, ze wszystkimi wygodami oczywiście i jednym bardzo korzystnym partactwem projektanta czy budowlanych, co zresztą dla sprawy mało ważne.
Partactwo to polegało na tym, że od mieszkania do właściwej klatki schodowej prowadził kilkumetrowy i wcale szeroki korytarz, który w końcu za zgodą administracji udało się zamienić na luksusowy hall. Wyłożony dębową boazerią — a jakże — takimiż krytymi szafami z oryginalnym dzwonkiem z pozytywką, obwieszczającym przybycie gości i lustrem oprawnym w skórę. Już sam zapach tego lustra frustrował doszczętnie niektóre, niezbyt przyjaźnie nastawione do gospodyni lub zwyczajnie zawistne panie, którym zabrakło fantazji, by równie niesztampowym drobiażdżkiem przydać wnętrzu uroku.
A gości miewali sporo, sami też rewizytowali często. Tak się bowiem szczęśliwie złożyło, że większość znajomych mieszkała niedaleko, niektórzy nawet całkiem blisko, bo w tym samym lub pobliskich osiedlach tej dobrej, jako się rzekło, dzielnicy. Istniał zresztą niepisany zwyczaj, który w każdym radzie usprawiedliwiał wproszenie się do domu. gdzie odbywało się kolejne spotkanie osób mało znanych gospodarzom, a należących do tego samego kręgu.
W taki to sposób do mieszkania Romana i Marty zawitał pewnego dnia młody człowiek. Jurek jestem — przedstawił się nieco nadwerężonym głosem — Romek jest w domu? Romana niestety nie było, wyjechał właśnie służbowo za granicę do jednego z ościennych państw sprzedawać swój najnowszy pomysł. Marta wykorzystała okazję do zaproszenia paru swoich serdecznych przyjaciół. Jeśli ktoś w tym miejscu podejrzewa, że miało to jakikolwiek nieobyczajny posmak, jest w błędzie. I Marta, i Roman wyznawali bowiem — jak to już było anonsowane — zasadę respektowania swojej niezależności, kochali się jednak mimo upływu lat nadal uczuciem niemal młodzieńczym i byli najzwyczajniej po staroświecku sobie wierni.
Marta więc w naturalnym odruchu po oznajmieniu, że Romana nie ma zaprosiła gościa do środka. Ten co prawda sumitował się, że pora zbyt późna, że się krępuje, a najgorsze, że nie jest sam. I tu pokazał słodko śpiącego za pazuchą obszernego kożucha szczeniaka. Uroczego. Zawojował on swoimi zaspanymi ślepkami najpierw gospodynię, a potem bardzo przyjaźnie już o tej porze nastawione towarzystwo. Rzekomy przyjaciel pana domu Jureczek, został więc nie tylko przekonany, ale wręcz gwałtem wciągnięty do zabawy, która trwała na tyle długo, że większość gości mogła wrócić do domów państwowymi środkami lokomocji oszczędzając na drogich przecież ostatnio taksówkach. Niektórzy ulatniali się po angielsku, inni wychodzili grupkami wedle miejsca zamieszkania lub zażyłości. Nieważne. Faktem jest natomiast, że żadna z obecnych, a znanych pani domu osób nie mogła skojarzyć, kiedy znikł z towarzystwa pan Jurek Nikt też, okazuje się, rzeczonego pana Jurka nie znał. Jedynym śladem, jaki po nim pozostał, był ów uroczy szczeniak, czy może lepiej było powiedzieć szczeniaczka, którą z największą radością odnalazła rano w swoim łóżku córeczka Basia
W tej sytuacji oddać psiaka nie było po pierwsze komu. Po drugie, Basia za nic w świecie nie chciała słyszeć o oddaniu skarbu. Chyba, że za cenę zapewnienia jej braciszka lub siostrzyczki, którą większość jej podwórkowych koleżanek i kolegów już miała. Ponieważ rodzice przytłoczeni karierami zawodowymi i obowiązkami towarzyskimi więcej dzieci nie planowali, Marta postanowiła z decyzją poczekać na Romana. W końcu te parę dni z psem w domu, nawet z takim lejkiem i podgryzaczem wszystkich stołowych nóg i pantofli, można jakoś wytrzymać.
Roman przyjął opowieść żony z humorem i... przychylił się do opinii córy, że wobec zrządzenia losu psa trzeba w domu zostawić. Decyzja była łatwiejsza do przełknięcia, kiedy znajomy weterynarz ujawnił niewątpliwą rasowość szczeniaka Wpływ miało i to, że Beja jak nazwała swoją sunie Basia, jakby wyczuwając sytuację, w lot nauczyła się sygnalizować swoje potrzeby i załatwiać je kulturalnie na dworze, darowała zupełnie nogom od stołu oraz pantoflom pani domu, kontentując się kapciami Joasi, Romana i gumową kością wspaniałomyślnie odstąpioną przez znajomego.
W eleganckiej szafie w przedpokoju została dokonana przeróbka — skoro Beja ma stać się pełnoprawnym członkiem rodziny, zdecydował Roman, musi mieć swój własny kąt. Marta protestowała przeciwko oszpecaniu wizytówki mieszkania w końcu jednak uległa presji zjednoczonych sił córki, męża i psa. Jak się wkrótce miało okazać, był to w tym całym splocie wydarzeń, postanowień i konsekwencji jedyny jaśniejszy punkt. Zdumiewającą właściwością małych szczeniaków bowiem jest to, że rosną nadzwyczaj szybko. I jeszcze to, że za nic w świecie nie można im wbić do głowy, że rzeczywistym panem domu wcale nie musi być pan z płci i atrybutów uważanych w ludzkim świecie za męskie. Beja po prostu uparła się, że jedyną osobą godną wydawania jej rozkazów, uczenia i wymagania posłuszeństwa jest Roman. Na mocy jakiejś niepisanej umowy doszła również do wniosku, że może, wręcz nawet powinna — być towarzyszką zabaw lub samą zabawką dla Basi i jej opiekunką na podwórku. Było to ważne na tyle, że Basia w momencie przybycia Beji do domu pobierała właśnie nauki w zerówce i była w wieku, kiedy zdobywane doświadczenie w narzucaniu przez innych swojej woli trzeba koniecznie potwierdzić w praktyce w drugą stronę, tresując kogoś innego. Marta natomiast uznana została zgodnie z psią logiką za członka stada, który powinien znać swoje miejsce w szeregu, a jeśli go nie zna, to trzeba mu to w odpowiedni sposób udowodnić.
No i zaczęła udowadniać. Z Beją zaczęły być kłopoty, ponieważ z karceniem trzeba było czekać na przyjście Romana do domu lub zamykać drzwi do pokoju i przy takim zabezpieczeniu dopiero wymierzać sprawiedliwość. Wkrótce zresztą i ten sposób zaczął być nieskuteczny, bo Beja nauczyła się otwierać klamkę, bywało również, że potrafiła odczekać i dopiero po jakimś czasie „przypominała" Marcie o sprawiedliwości boleśnie capiąc zębami za łydkę, rękę, a w najlepszym razie nieprzyjemnie szczerząc zęby. Roman wprawdzie obalał podobne stwierdzenia różnymi racjonalnymi wywodami na temat ograniczoności psiej inteligencji, Marta jednak najwyraźniej nie podzielała jego stanowiska i coraz bardziej zrażała się do nowego członka rodziny.
Wpływ na to miało zapewne i to że jak zazwyczaj w podobnych przypadkach bywa to na nią właśnie spadło gros obowiązków, podczas gdy inni czerpali z kontaktu z nowym domownikiem jedynie przyjemności. Dla psa przecież też trzeba mieć co do garnka włożyć, pamiętać o szczepieniach, witaminach, szczotkowaniu, wizytach u weterynarza itp. Podobnych zabiegów nie dało się żadną miarą uniknąć. Z paru powodów.
Jak się rzekło bowiem Roman i Marta mieszkali w dzielnicy, w której posiadanie psa nobilituje. Mimo kłopotów więc, obecność Beji w sposób widomy potwierdziła dorośniecie do odpowiedniego statusu materialnego i towarzyskiego. Beja ponadto okazała się z wyglądu psem znacznie bardziej rodowodowym niż niejeden posiadacz wpisu z kilku czy kilkunastoma przodkami w odpowiednim dokumencie. Poza tym była rzeczywiście inteligentna, błyskawicznie przechodziła kolejne etapy psiej edukącji i przy tym wszystkim dawała się jeszcze lubić. Lub grać komedię na zewnątrz, jak wolała to nazywać Marta. W domu bowiem za sprawą nie znanych obcym, brzydkich cech Beji atmosfera zaczynała stawać się napięta.
Na początku wyglądało to niewinnie. Kiedy Marta przytulała się do Romana lub czyniła jakiś gest czułości, Beja tylko patrzyła spode łba lub szczerzyła zęby. Potem z jej gardła zaczęty się jednak wydobywać coraz częściej niezbyt przyjemne pomruki. Kolejnym etapem okazywania wyraźnego niezadowolenia było ostrzegawcze kłapanie zębami i odpychanie „rywalki" od pana.
Niestety, rywalki. Ten podtekst zachowania Beji stał się bowiem najzupełniej czytelny. Normalna krzątanina w domu, zwyczajne rozmowy, nawet wspólne wykonywanie jakichś czynności przez małżonków nie budziły jej sprzeciwów. Nie wiadomo natomiast jakim sposobem wyczuwała ona natychmiast zmianę atmosfery z neutralnej na — nazwijmy to — emocjonalnie zaangażowaną i natychmiast wkraczała do akcji.
Moment krytyczny miał miejsce pewnej ciepłej październikowej nocy w ubiegłym roku. W momencie najmniej ku temu stosownym, uznając widać, że jej panu grozi niebezpieczeństwo Beja sforsowała zamknięte drzwi i rzuciła się na pomoc. Marta dostała ataku histerii, Roman stłukł nocną lampkę kupioną za ciężkie pieniądze w Desie, szukając przedmiotu, którym można by przyłożyć Beji. Potem zaś, już po doprowadzeniu do jakiego takiego stanu małżonki zlał tak wierną psicę, że jej skowyty i piski obudziły pół domu i spowodowały interwencję gospodarza domu, a następnego dnia wizytę przedstawicieli komitetu blokowego.
Od tej pory atmosfera w miłym przedtem, zawsze otwartym domu stała się ponura. Najpierw zaczęli spoglądać na siebie spode łba domownicy. Basi bowiem nie bardzo można było wytłumaczyć jakiego to rodzaju problemów przysparza jej kochana psunia rodzicom. Potem zaczęły się psuć stosunki ze znajomymi. Jak długo można znosić dowcipy na temat trójkąta z udziałem czworonoga? W końcu do akcji włączać się zaczęli kolejno rodzice Marty, Romana i każdy, kto był na tyle blisko, że wiedział o narastającym dramacie.
Nie ma w tych słowach żadnej przesady. Zgodnie z sugestiami i zdrowym rozsądkiem Beja została bowiem przekazana w pewnym momencie w tak zwane dobre ręce. Wróciła po paru dniach w stanie, który budził litość. Kiedy historia się powtórzyła — mimo, że tym razem suka została wywieziona daleko — zaczęły być kłopoty z dzieckiem. Psycholog, do którego zaprowadzono małą, po przeprowadzeniu odpowiednich badań zasugerował, aby rodzice przemyśleli raz jeszcze decyzję oddania psa, chyba, że nie jest dla nich ważna psychika córki.
Sprawa z Beją zdruzgotała nie tylko życie intymne dotąd tak bardzo kochających się ludzi. Ujawniła rysy i zadry w na pozór pięknym gmachu szczęścia, jaki Marcie i Romanowi udało się wznieść. Problemem coraz większym zaczęły się stawać drobiazgi, na które przedtem w ogóle nie zwracali uwagi. Raptem okazało się, że są między nimi drobne różnice w poglądach na zasadnicze tematy i wcale nie tak zupełnie po partnersku oboje zapatrują się na karierę i obowiązki zawodowe drugiej strony. Ot, można wiedzieć, zwykły banalny bieg wydarzeń. Przykład małżeństwa, które przeżywa kryzys. Gdyby nie fakt, że wszystko zaczęło się od przyniesionego przez przypadkowego gościa szczeniaka
Na razie sytuacja ulega dalszemu zaostrzeniu. Marta zaczyna coraz głośniej przebąkiwać o rozwodzie. Roman nie mówi nic. W chwilach refleksji w gronie przyjaciół obydwoje dowodzą, że to wszystko jest bez sensu i jakieś rozwiązanie, chociażby ze względu na dziecko musi się znaleźć.
Ostatnio zaświtała lekka nadzieja Beja skończyła dwa lata i jakiś doświadczony psiarz podpowiedział, że warto jej dać się oszczenić. Ponoć niektóre, w podobny sposób okazujące swoją miłość do pana, suki po wydaniu na świat potomstwa pozbywają się cech zazdrosnej rywalki. Może tak będzie i w tym przypadku.
Tfu, tfu na psa urok!
Wacław Orfin
