Dla porównania: siedem lat temu komputerami dysponowało zaledwie 16,5 proc. tamtejszych szkół. Obecnie w szkołach USA przypada średnio jeden komputer na 32 uczniów. Entuzjaści komputerowego nauczania oświadczają jednakże, iż jest to za mało. Uważają, że komputer powinien stać się centralnym elementem procesu nauczania.
„Jesteśmy obecnie zadowoleni, gdy w szkole znajduje się jedna sala — a w niej 24 komputery — mówi John Martin, specjalista w dziedzinie tworzenia komputerowych programów edukacyjnych. — Ale, tak naprawdę, gdy mamy do czynienia tylko z jedną skomputeryzowaną klasą, to po staremu znajdujemy się na prymitywnym poziomie“.
„Nowa technika powinna stać się w szkołach takim samym zwykłym zjawiskiem, jak ołówek“ — stwierdził w wywiadzie udzielonym gazecie „USA Today“ Garri Peterson, kierownik wydziału oświaty w okręgu Baldridge, gdzie komputery stoją już na ławce każdego ucznia.
Oczywiście, niezależnie od robiących wrażenie średnich cyfr, sytuacja nie jest wcale we wszystkich szkołach jednakowa. Płatne szkoły prywatne, przykładowo, znacznie wyprzedzają pod względem nasycenia komputerami zwykłe placówki oświatowe. Większość szkół, jak wynika z wniosków raportu opublikowanego jesienią ub. roku przez Kongres USA, odczuwa niedobór nowej techniki.
„Eksplozja“ komputeryzacji szkół USA w tym dziesięcioleciu stała się możliwa dzięki pojawieniu się stosunkowo niedrogich modeli komputerów osobistych, a także opracowaniu specjalnych komputerowych programów edukacyjnych dla szkół i przedszkoli. Obecnie istnieje w USA 900 firm, przeważnie małych, przygotowujących programy edukacyjne. 800 z nich powstało w ciągu ostatnich trzech latach.
Waldemar Siwiński

