Razem nr 276 - 25 IV 1982
Spis treści:
ANDRZEJ LITEWSKI

Jak w mistrzowskim deblu

Rozmowa z autorami telewizyjnej SONDY - ANDRZEJEM KURKIEM i ZDZISŁAWEM KAMIŃSKIM.

 – Gracie panowie w tenisa?

– Czemu pan pyta o tenisa, spodziewaliśmy się rozmowy o SONDZIE?

 – Będzie i o SONDZIE – teraz o tenisie, a wiec gracie?

ANDRZEJ KUREK: – Kamiński gra, podobno zupełnie nieźle, ja próbowałem.

ZDZISŁAW KAMIŃSKI: – Załatwiłem Andrzejowi i Markowi Siudy – mowi z naszego zespołu lekcje gry w tenisa, ale do tego sportu trzeba mieć odrobinę, smykałki, a oni...

A.K.: – Po prostu nie mam w kraju odpowiedniego partnera.

 – Fibak w USA.

A.K.: – Właśnie. Fibak w świecie, a reszta się nie liczy. Odbijam więc z synalkiem piłkę z gąbki i to nam wystarcza.

 – Nieprzypadkowo rozpocząłem naszą rozmowę od tenisa. Wydaje mi się bowiem, że właśnie ta gra, jak żadna inna, wymaga idealnego zrozumienia partnerów, eliminuje fuszerkę, obnaża najmniejszy błąd...

A.K.: – Który partner może naprawić.

 – Ale błąd widać. Natomiast wasza SONDA jest, moim zdaniem, mistrzowską partią.

A.K. – To ciekawe, bo spotykamy się z opinią: ale ci faceci się kłócą.

Z.K.: – Andrzej ma taki charakter. Ale poważnie – tak jak w deblu, żeby wygrać – trzeba tworzyć zgraną parę. Przeczy to opinii o naszych kłótniach. Myślę, że taką parę tworzymy. Teraz kwestia, przeciwko komu gramy?

A.K.: – Gramy z widzem, ale nie przeciwko widzowi. Może zabrzmi to paradoksalnie, ale formuła programu zakłada, że w warstwie zewnętrznej prowadzimy swego rodzaju spór. Wypowiadamy zdania kontrowersyjne, bądź prowadzimy spór czysto werbalny. Żeby to wyglądało naturalnie – musi istnieć między nami bardzo daleko idące porozumienie i zgranie.

Z.K.: – Zgranie sięga znacznie głębiej, aniżeli wymaga tego warstwa merytoryczna audycji. Możemy wprawdzie usiąść przy kawie i ustalić wszystko – kiedy Andrzej kicha, a ja kaszlę – ale potem wchodzimy do studia i wszystko wywraca się do góry nogami. Reflektor spada, lodówka grzeje, z telefonu syczy gaz, a sprężarka pompuje wodę. Trzeba reagować natychmiast, mieć uśmiech i być na luzie. Tego oczekuje widz. Nie możemy powiedzieć – dziękujemy, idziemy do domu, mamy dość.

 – Można pokazać planszę: przepraszamy za usterki.

A.K: – Jesteśmy chyba jedynym zespołem w TV, który z tej planszy jeszcze nie skorzystał, choć oczywiście mamy ją. Ale wróćmy do na – szej gry i pytania, przeciw komu gramy. Wydaje mi się, że gra. którą obserwuje widz, ma inny wymiar niż gra, którą my prowadzimy. Musimy wypowiadać kwestie, ripostować, jednocześnie ustawiać się odpowiednio w stronę kamery, uważać na dziesiątki kabli na podłodze itd., itd. Gramy więc również z techniką, gramy z tą cholerną ilością technicznych przeciwności. To drugi przeciwnik.

Z.K.: – Wreszcie trzeci – to sama robota. My prowadzimy przedsiębiorstwo średniej wielkości: czterech dziennikarzy i kierownik produkcji. Dajemy miesięcznie 2 godziny programu Sondy oraz 1 – 1,5 godziny innych audycji. Kiedyś były cykle PLANETA-ZIEMIA (20 odcinków), potem Marek Siudym zrobił kilka audycji z cyklu MÓZG, ostanio robimy również program dla dzieci. Dajemy więc w sumie na antenę tyle, co niejedna naczelna redakcja licząca kilkadziesiąt osób.

A.K.: – To wcale nie znaczy, że jesteśmy tacy zdolni, świadczy raczej o tym, że można programy zrobić. Ale harówka jest olbrzymia.

Z.K.: – Z konieczności pełnimy funkcje scenografa, reżysera programu, wymyślamy triki. Brak nam ludzi, którzy znając temat audycji proponowaliby – to na początek, to w środku, to w końcówce, do tego muzyka, a tutaj wybuch.

A.K.: – Mało tego, pełnimy również funkcje rekwizytorów, sprzątaczki, magazynierów, kierowców, zaopatrzeniowców. Jeśli trzeba coś przywieźć z Siedlec – to zanim napiszemy zamówienie, zbierzemy odpowiednią liczbę pieczątek, podpisów – Kurek pojedzie po ten rekwizyt na rowerze.

Z.K.: – Damce bez ramy, ale z bagażnikiem.

 – W Waszym programie rekwizyt jest równie ważny jak prowadzący.

A.K.: – Pół biedy, jeśli rekwizyt istnieje. Wtedy go pożyczamy. Jeśli zaś go brak?

Z.K.: – To ja przez całą niedzielę tnę i hebluję deski, które we wtorek „grają” elektrownię jądrową nad brzegiem Pacyfiku.

A.K.: – Zycie jest pełne paradoksów. Przykład niejako modelowy. Otóż jeśli chcemy wypożyczyć z Zakładu Anatomii Prawidłowej gipsowy model ucha – musimy napisać pisemko i wystawić rewers. Pisemko nasze krąży od adiunkta do docenta, nabiera urzędowej mocy, przybywa mu pieczątek i podpisów. Natomiast jeśli pożyczamy komputer wartości 50 tysięcy dolarów, to właściciel pyta: gdzie panów samochód, czy macie wystarczająco duży bagażnik.

 – Komputer widać mniej ważny niż ucho.

A.K.: – Dobre ucho, ho, ho, to się liczy.

Z.K.: – Przez cale lata stosunkowo łatwo było pożyczyć rekwizyt. Czasem nawet zgłaszały się do nas różne instytuty i proponowały ciekawą aparaturę. Teraz sytuacją mocno się skomplikowała – głównie za sprawą transportu, a ściślej braku benzyny. Wszyscy liczą. 

– Macie temat audycji, przygotowujecie ją przez tydzień. Na ekranie widzimy niewinną rozmowę dwóch dżentelmenów, np. o trawie.

A.K.: – Ta niewinna rozmowa to nasze założenie. Musi tak wyglądać na ekranie. Staramy się opanować nerwy, strach przed przedziwnym zachowaniem rekwizytu, strach przed złośliwością martwych przedmiotów...

Z.K.: – Kiedyś robot wykonał o jeden manewr za dużo i chciał mnie zabić...

A.K.: – ...i przekazać widzowi maksimum zdobytych przez nas informacji. Jeśli się to udaje jesteś my lepsi i bardziej wiarygodni od innych twarzy z małego ekranu.

– Czasem przypominających sparaliżowanego epileptyka.

A.K.: – Może to brutalne porównanie, ale...

Z.K.: – Po pierwsze nie mamy zahamowań...

A.K.: – Po drugie – przestaliśmy traktować naukę jak świątynię...

Z.K.: – Po trzecie – mamy przygotowanie fachowe, co bardzo pomaga zorientować się w temacie, wyłuskać z niego najfajniejsze sprawy i odpowiednio je widzowi pokazać. Oczywiście, nie robimy rachunków na ekranie, ale wiemy, o co w audycji chodzi.

A.K.: – Prowadziłem kiedyś drobne eksperymenty fizyczne – tak więc przyrządy i ideologia pomiarowa nie jest mi obca, ideologia eksperymentu także.

Z.K.: – Oprócz tego mamy całą armię ludzi, którzy nas co tydzień czegoś nowego uczą.

– To wymaga czasu.

A.K.: – Wymaga, oczywiście, ale to nasza praca, którą chcemy wykonać jak można najlepiej. Audycję nagrywamy we wtorek, pan ją ogląda we czwartek.

– Ile czasu trwa przygotowanie audycji?

A.K.: – Nie ma na to recepty. Mamy archiwum – skromne wprawdzie, ale pomocne. Czasem wystarczy przejrzeć filmy, zmontować odpowiednio, dołożyć trochę komentarza i jest SONDA. Czasem nosimy w sobie pomysł przez wiele miesięcy, zbieramy okruchy, żeby po roku zrobić program.

Z.K.: – Nie przez przypadek mówimy o fabryce. Mamy fabrykę o ruchu ciągłym. Taśma z programami nigdy nie staje. Teoretycznie na przygotowanie audycji mamy tydzień – od wtorku do wtorku. A praktycznie... jak w fabryce. Wszystko zazębia się i nie wiadomo, co z tego będzie. Teraz znamy już tematy najbliższych trzech audycji. To oprawie psychiczny komfort

A.K.: – Ja mam bombę na Boże Narodzenie!!!

Z.K.: – Dobra dobra, najpierw będą wakacje.

– Na ekranie wyglądacie jak mędrcy: – Wiedzą absolutnie wszystko o wszystkim – usłyszałem od mojej sąsiadki.

Z.K.: – Zdajemy sobie sprawę że dla widza może to być denerwujące: jak to jest – ci faceci co tydzień są ekspertami w innej dziedzinie.

A.K.: – Powiem panu prywatnie – jeden jest sprytny, a drugi wie.

Z.K.: – Kurek wie, a ja się dowiaduje.

A.K.: – Natomiast naprawdę rzecz polega na tym, że przez pięć lat wypracowaliśmy pewną metodę potrzebną dziennkarzom zajmującym się poplaryzacją nauki. Opanowaliśmy umiejętność bardzo szybkiego zdobywania informacji i sprzedawania jej na antenie w sposób komunikatywny. Nauczyliśmy się wyciskać z naukowców interesujące nas informacje w ciągu kilkugodzinnej rozmowy.

Z.K.: – Mamy swoje patenty. Jeśli jest na tapecie medycyna, to radzimy sie znajomego profesora. On podpowiada, kto jest najlepszy w Polsce w danej dziedzinie, i tego dopadamy.

A.K.: – A potem najgorsze – jak stanąć przed kamerą i swobodnie opowiedzieć to pannie Krysi panu Wojtkowi – aktualnie na wczasach w Bieszczadach. Myślą, że każdy potrafi opowiedzieć coś drugiemu, ale nam jakoś udaje się to lepiej.

Z.K.: – Widzi pan. jaki mądry?

– Od lat obserwujemy wzrost zainteresowania naukami ścisłymi, głownie fizyką. Fascynują wiadomości o najmniejszych częściach atomu, kwarkach, jonach I tych wszystkich fizycznych cudach – jak to wytłumaczyć?

A.K.: – Mam swoją teorią na ten temat. Wydaje mi się, że obserwujemy powrót do czasów i myśli Newtonowskich – u podstaw każdej nauki leży fizyka... Możliwe, że opanowała ona aparat matematyczny do opisu zjawisk, możliwe, że obiektywnie pokazuje zjawiska i przebieg eksperymentu – to wszystko możliwe – jedno jest pewne, fizyka nie kłamie. Dzięki niej wiemy, co jest prawdą, co fałszem.

Z.K.: – Panie, można zwariować i mieć totalną migrenę jak ten Kurek w każdym programie odsyła wszystko do fizyki. Ja się chyba kiedyś powieszę, wbrew prawu fizycznemu – głową w dół.

A.K.: – Ale Newton powiada, że wszystko, co się wokół dzieje, ma za podstawę matematyczny model filozofii przyrody. I my w tej filozofii siedzimy.

Z.K.: – Ja siedzę nie w filozofii przyrody a w fotelu.

 – SONDA zajmuje sią głównie naukami ścisłymi. Pokazujecie komputery, silniki, rakiety, ciekły tlen, twardy jak skała lód. Czy możecie zrobić ciekawy program z dziedziny np. nauk społecznych?

A.K.: – Dopiero wtedy, kiedy w naukach społecznych będzie można przeprowadzić obiektywnie sprawdzalny eksperyment, to zadanie piekielnie trudne i chyba nierealne.

Z.K.: – Wbrew pozorom programów nie związanych z techniką było dość sporo. Są bardzo trudne w realizacji, mniej telewizyjne. Bo co pokazać w audycji o trawie?

 – Właściwie zawsze podkreślacie dorobek nauki światowej.

A.K.: – Bo nie ma nauki takiej czy innej, amerykańskiej czy radzieckiej. Pokazujemy to, co jest blisko rekordu świata w jakiejś dziedzinie. Rezygnujemy z elementów publicystycznych. Nie interesuje nas, czy np. jakieś osiągnięcie jest rumuńskie czy holenderskie. Ważne, że jest.

 – Interesuje was, czy atom się podzieli?

A.K.: – Tak. czy się podzieli, po co, jak, kiedy – a czy to atom enerdowski czy japoński, nie ma znaczenia. Interesuje nas sprawa najlepszego wyniku na świecie.

 – Jest temat, z którego nie potrafilibyście zrobić audycji?

A.K.: – Nie ma takiego.

Z.K.: – Nie ma? To zrób brachu program o raku.

A.K.: – A zrobię.

Z.K.: – Panie Kurek, zrobić ten program można, ale ja mam olbrzymie opory – po co? Ten program może dać nadzieję milionom ludzi, a co pan zrobisz z tą nadzieją? Wiadomo, że publikacje o nowotworach powodują zazwyczaj same szkody. Zachodnioniemiecki BILD opublikował artykuł „Szczepionka przeciw rakowi nareszcie skuteczna” – dostali prawie milion listów, przez rok nie mogli normalnie pracować, a jaki efekt medyczny? – kolejny pic na wodę.

A.K.: – Twierdzę, że taki program jest do zrobienia, trzeba pokazać ludziom prawdę o nowotworach i szansę ich zwalczenia.

Z.K.: – Panie Kurek, człowiek chory uczepi się brzytwy i uwierzy w to, co będzie chciał, dlatego dla jego dobra nie możemy takiego programu pokazać.

A.K.: – Ale ten program zrobię, choćby sam, panie Kamiński. Myślę jeszcze o pewnych sprawach z dziedziny bardzo tajemniczej – mechaniki kwantowej. To jest dopiero filozofia fizyki. To sedno fizyki najnowszej – atomowej i nie tylko. Pewne przyrządy pracują już na tych zasadach. Ale jak ludziom wytłumaczyć budowę materii, jeśli trzeba ich najpierw nauczyć inaczej myśleć?

Z.K.: – A jak zrobić program popularnonaukowy o matematyce?

A.K.: – Psychologii eksperymentalnej, socjologii kierownictwa?

– Rozumiem, że pewnych spraw nie da się pokazać na małym ekranie.

A.K.: – Na razie.

– Macie do swojej dyspozycji wszystko, co stworzyła technika XX wieku – np. wiszącą między Mount Everestem a Mount Blanc suwnicą z komputerem trzeciej generacji – co zrobicie?

A.K.: – Nie sięgałem nigdy tak daleko, zwykle najważniejszy był kawałek wystruganego kijka – ale pomarzyć można. Była taka grupa angielska zajmująca się fotografią naukową. Ich celem było fotografowanie zjawiska – np. jak wygląda świat z punktu widzenia mrówki, co dzieje sią z martwym szczurem? Chciałbym być w takiej grupie, rozwiązywać takie spory i pokazać widzowi, jak kwiat rośnie – ze wszystkim – z biochemiczną przemianą materii, z wędrówką między membranami, ze zjawiskami zachodzącymi w glebie. To byłby program!

Z.K.: – Obecnie do techniki telewizyjnej wkracza grafika komputerowa, komputerowa obróbka obrazu i inne cuda XXI wieku. Takie systemy pracują np. w BBC. Gdyby zmieszać te systemy i techniki, może dostalibyśmy nowy środek wyrazu. Tu nie idzie o temat – mnie fascynuje sposób przetłumaczenia tego tematu na język obrazu. Chciałbym być w takiej grupie, która ma rzeczywiście wszystkie środki techniczne, mieć kolegów zajmujących się problemem ekran – widz, czyli psychologią tego, co widać. Jeśli mruga, to dobrze czy źle, jeśli jest czerwone, to lepiej, czy też puścić zielone? Mając odpowiedź na te pytania, moglibyśmy dowiedzieć się, w co ludzie wierzą, w co nie. Jak przy pomocy telewizji uczyć? Czy TV może uczyć, czy jedynie zafascynować?

Z.K.: – W naszym przypadku odchodzimy od założenia – uczyć widza. Widz się uczy z własnej, dobrej woli. Naszym zadaniem jest dostarczyć mu półgodziny dobrej naukowej rozrywki, zaciekawić, zafascynować.

A.K.: – Głównie zafascynować. Bo jeśli jest fascynacja, jest i motyw do własnych poszukiwań. Nauka fizyki czy chemii w szkole jest zaprzeczeniem nauki. Wszystko nieciekawe, wyduszone, uczniowie dostają wysypki na słowo fizyka. Nuda. Szkoła mówi: – to jest wiadome, taki jest wzór i taki wynik. My zaś mówimy tego nie wiemy, a chcemy poznać. Myślę, że nasza formuła jest lepsza. Zmusza do poszukiwań, myślenia, zachęca do poznania nauki.

Tak więc raczej fascynacja niż dogmat.

– Macie panowie czas na coś więcej niż myślenie o programie? 

Z.K.: – Jeżdżę na nartach i gram w tenisa.

A.K.: – Ja zaś baraszkuję z pięcioletnim synem, pasjonuję się muzyką elektroniczną, a czasem, w chwilach zadumy, marzę o powrocie do tego, co dało mi największą dotąd satysfakcję – prowadzenia własnych badań naukowych. Jak pięknie i spokojnie jest w laboratorium wypełnionym przyrządami.

 

Rozmawiał:

ANDRZEJ LITEWSKI