Naprzód mała refleksja. Nawet w niewielkich mieścinach oddalonych bardzo od metropolii nad Sekwaną mikroelektronika obecna jest wszędzie. Nie chcę odkrywać Ameryki, pisząc, że w najmniejszych nawet sklepach używa się elektronicznych kas i wag błyskawicznie kalkulujących należność za towary sypkie, że wiejskie biuro podróży posiada końcówkę z dostępem do wielkich, stołecznych, a nawet zagranicznych terminali napchanych potrzebnymi informacjami. Ale warto chyba zauważyć, że podobne urządzenia zainstalowane są w prywatnych przewoźnych straganach zbudowanych na podwoziach specjalnych samochodów wędrujących wraz z właścicielami po placach targowych północnej Francji.
A teraz do sklepów. Jak mi wytłumaczono, poza stolicą nie bardzo opłaca się trzymać w sklepie wyłącznie komputery. Mikroelektronika (maszyny do pisania, kalkulatory, mikroprocesory), jest więc oferowana na równi z papeteriami i materiałami biurowymi, z widokówkami, płytami, kasetami magnetowidowymi, maszynami do kopiowania i najzwyklejszymi na świecie flamastrami. Oczywiście wszystko, co francuskie... musi być najlepsze i stąd polityka potężnych ceł na wszystko, co w sklepach Kraju Marianny pochodzi z importu, a może stanowić wyzwanie dla rodzimej produkcji. Ten sam schemat dotyczy również mikrokomputerów.
Najtańsze, najlepiej reklamowane i eksponowane są mikroprocesory francuskiej firmy elektronicznej Thomson (wytwarza praktycznie wszystko, od zegarkowych kalkulatorów do systemów naprowadzania pocisków balistycznych) Spectrum Sinclaire'a nie widziałem, a klawiaturę Commodore'a dostrzegłem tylko w jednym sklepie.
Z reguły nabywcy proponuje się komplet. Na najprostszy zestaw Thomsona składa się komputer MO 5 (porównywalny ze Spectrum), magnetofon i dwie kasety z programami gier. Całość (specjalna oferta) 2990 franków (dolar wówczas oscylował w granicach 6,7 franka). Obdarzony większą pamięcią TO 7 z identycznym, co jego poprzednik wyposażeniem — 3990 franków. 64 kilobajtowy Schneider CPC 464 z monitorem GT 65 oferowany jest w dwóch wydaniach. Ekran w kolorze zielonym — 2690 franków, ekran kolorowy — 3990. Amstrad PCW 8256 z drukarką i monitorem kosztuje 5926 franków. Amstrad CPC 6128 z kolorowym monitorem i magnetofonem wystawiony na okazyjnej wyprzedaży — 5990 franków (tyle, co nowiutki magnetowid).
Informacja dla amatorów zabawy przy migającym ekranie — kaseta z oprogramowaniem do gier kosztuje od 120 do 180 franków. Urządzenie ATARI 2600 przeznaczone wyłącznie do gier jest stosunkowo tanie — 699 franków. Każda gra na nośniku tej firmy — 112 franków.
Profesjonalne komputery użyteczne w handlu i księgowości, z pamięcią od 500 kilobajtów w górę, przypominające wyroby spółek Apple i IBM, ze stacją dyskietek i ekranem są już niesłychanie drogie, jak na kieszeń przeciętnego Francuza dysponującego pensją rzędu 5-7 tys. franków. System francuski GOUP! (512 kilobajtów) kosztuje 26850 franków plus 18,6 proc. podatku. Doskonalszy OME GAOCIETS z kolorowym monitorem — powyżej 50 000 franków.
Najbardziej jednak zafrapowało mnie coś, co dostrzegłem na wystawie konwencjonalnego sklepu z zabawkami. Rzecz cała, niesłychanie kolorowe wykończona, mieści się w fascynującym oko dziecka pudełku o wymiarach 30 cm x 40 cm x 10 cm, opatrzonym napisem „Mój pierwszy komputer”. Po wyjęciu mamy do czynienia ze złożonymi do środka, przymocowanymi do siebie miniaturowym ekranem oraz równie małą (przystosowaną do dziecięcych palców) klawiaturką. Dostajemy do tego 6 programów zarejestrowanych na elastycznych dyskach o wymiarach kart do gry. Wprowadza się je do urządzenia przy pomocy otworu imitującego podobny w „zupełnie dorosłej” stacji dyskietek „poważnego komputera”. 7-8 letni adept informatyki może bawić się, grać, a nawet porozumieć ze swym pierwszym w życiu komputerem. Całość, moim zdaniem niesłychanie ważna w całym cyklu mikroelektronicznej edukacji społeczeństwa, z uwagi na metkę „Made in France” kosztuje tylko 591 franków.
Wojciech Łuczak
