— Czytelnicy „Bajtka” chętnie oglądają „Spektrum”....
— ...nie zawsze zapewne wiedząc, iż nazwa programu nie ma nic wspólnego z popularnym komputerem „Spectrum”. Nasze „Spektrum” ma w środku „.” i oznacza widmo światła białego, jest to więc pojęcie znane już z lekcji fizyki...
— Ale nie od początku mówiliście w „Spektrum” o komputerach..
— Rzeczywiście, nie od samego początku. Program powstał w roku 1984, a problematyka komputerowa „dojrzała” u nas dopiero w roku następnym. Warto od razu wyjaśnić zasadniczą różnicę między tym programem a „Sondą”, Wymyśliliśmy „Spektrum” wspólnie z Bogdanem Borusławskim jako magazyn aktualności, najświeższych nowinek technicznych, a więc jako zestaw wiadomości, które w monotematycznych „Sondach” nie można było prędko zmieścić.
— Młody człowiek oglądający was na ekranie myśii pewnie z zazdrością o dziennikarzach telewizyjnych.. Zamawiają materłały na całym świecie, sprowadzdią sobie sprzęt...
— I ciekawe co jeszcze?! Wiem, wiem, niektórzy tak sobie wyobrażają naszą pracę. Rzeczywistość jest jednak znacznie mniej kolorowa. Materiały zdobywamy drogą wymiany z innymi telewizjami i organizacjami, a także dzięki własnym kontaktom, których oczywiście nie zdradzę... A jeśli chodzi o sprzęt... No, cóż, kiedy Andrzej Kurek przyniósł do studia własne „Spectrum 48K” zastanawialiśmy się jak to urządzenie wykorzystać praktycznie. Zrobiliśmy wówczas czołówkę programu, która zresztą ukazuje się do tej pory.
— No właśnie, dziś nie jest to już chyba w telewizji żadna rewelacja....
— Rewelacja to nie jest, ale w większości programów cały czas plansze tytułowe i końcowe są przebadane ręką jakiejś miłej pani. My używamy komputerów do napisów i grafiki, chociażby dlatego, że rezygnacja z usług plastyków znacznie obniża koszty programu. Ale używamy Komputerów prywatnych lub pożyczonych od życzliwych ludzi. Telewizję mamy, jaką mamy, nie stać jej na jeden choćby Komputer graficzny. Są tylko syntetyzery liter do napisów. Średniej zresztą jakości.
— To znaczy, te nie macie w studiu ani jednego służbowego komputera?!
— Ani jednego. Czołówkę muzyczną Marek Biliński też nagrał na swoim sprzęcie.
— Bez kłopotu można pożyczyć drogie komputery?
— Często im droższe, tym łatwiej pożyczyć. A tak na marginesie mogę wam powiedzieć, że kiedyś realizowaliśmy program o robotach. Bez trudu pożyczyliśmy od jednej z firm dwutonowego robota przemysłowego, natomiast poważne kłopoty sprawiło nam pożyczenie na kilka dni małej zabawki z Muzeum Techniki. Była to makieta robota z migającą na górze żarówką. Do wypełnienia wszystkich pisemek zaangażowano w muzeum prawie 10 osób.
— Całe szczęście, że widzowie nie muszą o tym wszystkim wiedzieć. Czy orientujecie się jednak, jacy są wasi odbiorcy? Ile mają lat, jakie wykształcenie?
— W popularyzac|i nauki i techniki trudno jest precyzyjnie określać krąg odbiorców. W przypadku technik komputerowych zdarza się, że podobne wiadomości mają profesor uniwersytetu i jego wnuczek. Na pewno więc nie ma znaczenia kryterium wieku. Nie można też ograniczać się do określonego stopnia trudności, bo przecież jedni chcą fachowych szczegółów technicznych, a drudzy zwykłych ciekawostek. Musimy pamiętać o wszystkich. Dlatego między innymi pokazaliśmy i omówiliśmy praktycznie, prawie wszystkie dostępne w tej chwili w kraju komputery.
Jest natomiast jeden element wspólny dla wszystkich odbiorców: komputery budzą emocje. Widać to szczególnie dobrze, gdy ogłaszamy konkursy. Przychodzą wówczas worki listów. A jeśli jeszcze główną nagrodą jest mikrokomputer, to już u niektórych wywołuje gorączkę...
— Nie spotykasz się z zarzutem, że pokazujecie coś ciągle niedostępnego, elitarnego...
— Takie zarzuty stawiane są rzadko. Ale zawsze wówczas pytam, czy lepiej jest nie pokazywać, nie mówić, udawać, że nie ma? Mnie nie interesuje, czy pokazywany sprzęt jest za złotówki czy za dolary i ile kosztuje. Ważne jest to, że istnieje. To trochę tak jak z Eskimosami, których większość z nas nie oglądała, ale to jeszcze nie powód, żeby o nich nie wspominać. A z komputerami jest o tyle lepiej, że są dostępne w klubach i u niektórych kolegów. I ciągle ich przybywa. Zresztą po to między innymi jest telewizja, żeby pokazywać to, co niedostępne. To zresztą najbardziej pociąga...
— Gdybyście pokazywali tylko to. co jest łatwo osiągalne, to rzeczywiście nie byłyby wasze programy specjalnie ciekawe...
— Telewizja przekazuje informacje, ale i pobudza wyobraźnię, wzbudza zainteresowanie. Uważam zresztą, ze samo czytanie fachowych książek i pism w przypadku komputerów daje niewiele. Wiem to z własnego doświadczenia. Więcej można się nauczyć, oglądając choćby programy telewizyjne, a już najwięcej, rzecz jasna, mając dostęp do klawiatury. Niekoniecznie od razu w domu, wystarczy w klubie komputerowym. I wtedy dopiero okazuje się, jak potrzebna jest fachowa prasa i literatura... W każdym razie ja taką proponuję kolejność.
— Pewnie nie ma tu jednej zasady, wasi widzowie też mogliby mieć różne opinie. Dużo dostajecie listów?
— Sporo. Od skazanych z góry na niepowodzenie próśb o kopiowanie gier, do listów z prośbami o konkretne porady. Niektórzy maja nam za złe, że pokazujemy zabawowe funkcje komputerów, ale uważam, ze gry komputerowe to zabawa, z której się po prostu wyrasta. Ja tez dopiero po jakimś czasie użytkowania komputera zorientowałem się, że mam w ręku coś naprawdę cennego, cenniejszego niż początkowo sądziłem.
Rozmawiali:
Sławomir Polak, Piotr Radziszewski




