Na wyposażenie współczesnego biura składają się dziś w 80 procentach urządzenia elektroniczne, w 15 meble, zasłony, dywany, itp. a w pozostałych 5 to, co dotąd zajmowało tak poczesne miejsce: segregatory, teczki akt, skoroszyty i inne papiery. Degradacja ich znaczenia nie oznacza bynajmniej pełnej rezygnacji z unowocześniania i tych tak tradycyjnych sprzętów. Króluje jednak wszechwładnie elektronika.
"Orgatechnik 88”, był to dla nas jeszcze jeden przykład na to, jak różnie pojmuje się dziś rolę komputerów. Dla nas (patrz choćby relacja Bożeny Stępień z „Informacji 88") są one wciąż czymś tajemniczym, fascynują samą swą obecnością. W Kolonii też nie brakowało komputerów. Żaden jednak z nich nie był na tej wystawie eksponatem samym w sobie, zawsze występował w pewnym, ściśle określonym kontekście, jako fragment pewnego systemu.
Nie oznacza to bynajmniej, że brakowało nowości hardwareowych. I tak np. firma Amstrad pokazała swoje najnowsze produkty — zgodny z IBM PS/2 30 Amstrad 2086, kompatybilny z AT 20286 oraz 32-bitowy model 20386. Acorn chwalił się „Archimedesem”, pomyślanym wprawdzie jako komputer edukacyjny, ale także z wieloma opracowanymi już programami wspomagającymi zarządzanie i projektowanie.
Zainteresowanie, co najmniej równe nowym komputerom, budziły w Kolonii oryginalne urządzenia peryferyjne. Jednym z nich był tzw. Add-on-Pac firmy Tandom. To pożyteczne urządzenie jest w istocie zewnętrzną stacją dysku twardego. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że podstawowa część tego gadżetu — małe pudełko zawierające Winchester nazwane Personal Data Pac daje się spokojnie wymontowywać! W ten sposób 30 MB zapisanych w tym urządzeniu danych daje się przewozić równie łatwo jak dyskietka.
Oczywiście firma Tandom nie poprzestała tylko na zewnętrznych urządzeniach dołączanych do dowolnych AT lub XT i zawierających Personal Data Pac. Również komputery osobiste tej firmy zawierają kieszeń na „przenośny twardy dysk”. Najtańszy z nich, kompatybilny z AT kosztuje ok. 5000 marek.
Moda na przenoszenie dotyczy, rzecz jasna, nie tylko nośników pamięci. Prawdziwą furorę robiły na „Orgatechnik” komputery typu „portable”. Oferują je dziś niemal wszystkie liczące się firmy. Do awangardy, w dziedzinie konstrukcji „walizkowców” należą jednak, przede wszystkim firmy japońskie. Króluje wśród nich „Toshiba” oferująca całą gamę tego typu komputerów z modelem 5100 na czele. Ta mieszcząca się w średniej wielkości teczce maszyna jest wyposażona w 32-bitowy procesor 80386, 2MB pamięci na płycie głównej, dysk twardy o pojemności 100 MB i parę jeszcze innych „drobiazgów”. Pracuje ona zresztą w systemie operacyjnym UNIX, stającym się zwolna standardem dla większych biur, czy uczelni.
Na drugim niejako biegunie cenowym, lecz bynajmniej nie technologicznym stoją najmniejsze komputery walizkowe z oferowanym przez Cambridge Computers Z88, konstrukcji lorda Sinclaira. Przybliżyliśmy już ten komputerek na łamach „Bajtka”, dziś dodać tylko można, że cieszył się on w Kolonii umiarkowanym zainteresowaniem. Dla prawdziwego biznesmana, bowiem kwota 4000 — 20 000 marek, jaką wydać musi na Toshibę nie stanowi większego problemu, tym bardziej, że najczęściej płaci firma.
Inne, znane z łamów „Bajtka” koncerny, takie jak Atari, czy Commodore nie pokazały nowych modeli komputerów. Tym niemniej i na ich stoiskach panował ciągle spory ruch. W wypadku Commodore profesjonaliści interesowali się głównie nowym systemem zwanym Commodore Desktop Communication. Opiszemy go dokładniej w jednym z kolejnych numerów „Bajtka”. Dziś wspomnieć jedynie wypada, że jest to zupełnie nowy krok w dziedzinie DTP wplatający do niego takie elementy jak kolor, czy profesjonalną grafikę. Komputerem, na którym opiera się cały ten system jest oczywiście Amiga 2000.
DTP, czyli Desktop Publishing był, oczywiście, dla targów biurowych, jakimi jest „Orgatechnik”, jednym z tematów wiodących. Każdy chciał udowodnić, że za pośrednictwem sprzętu można sobie w biurze urządzić prawdziwą drukarnię.
To, co przygotował system DTP trzeba czasem przelać na papier i to nie wychodząc z biura. Pierwszą kopię wykonuje się oczywiście przy pomocy drukarki. Może to być solidny mozaikowy „Star” NX-15 lub LC-10, może też drukarka laserowa. Tych ostatnich oferowano rzeczywiście dziesiątki i tylko prawdziwi eksperci zdolni byli wybrać z nich najlepsze. Ta unifikacja nie jest jednak niczym nadzwyczajnym — wprawdzie teoretycznie drukarki laserowe produkowane są przez setki firm, tak naprawdę jednak tylko kilka japońskich gigantów opanowało produkcję najważniejszych podzespołów. Pozostali, w tym także wszystkie firmy amerykańskie, opierają swoją produkcję na imporcie z Kraju Kwitnącej Wiśni. Prawdziwą rewelacją w dziedzinie drukarek była jednak dla nas propozycja znanej z produkcji ... lakierów firmy Du Pont. Pokazała ona, powstałą w kooperacji z Kodakiem specjalną drukarkę kolorową, której zasada działania opierała się na stosowaniu specjalnych folii będących oczywiście tajemnicą firmy. Wydruk (?) z takiego urządzenia (patrz zdjęcie) jest po prostu wspaniały, o niebo lepszy nawet od standardowych, dostępnych u nas kolorowych folderów, czy kalendarzy. Niestety cena — ok. 50 000 marek i koszty eksploatacji powodują, że możemy uważać je za ciekawostkę dla milionerów.
Kodak pokazał nie tylko rzeczy duże, ale i całkiem małe. Dzięki miniaturowym i bardzo lekkim drukarkom Diconix stał się numerem jeden wśród producentów drukarek strumieniowych. Modele Diconix świetnie uzupełniają się z portablami Toshiby, czy NECa.
Wydawnictwo w biurze, to oczywiście, przede wszystkim, nie drukarka, lecz kopiarka. Nas jednak, jako ludzi oszczędnych, bardziej jeszcze niż kserocacka Canona, czy Panasonica zainteresowała maszyna firmy RICOH zwana Priport SS930. Ta dziwna krzyżówka kserografu z maszyną drukarską wykonuje w ciągu minuty 120 kopii czarno-białych dobrej jakości. Jednocześnie jednak, dzięki temu, że zamiast kosztownych materiałów eksploatacyjnych używa się w niej farb drukarskich koszt wydrukowania 1 strony wynosi... 0,1 feniga.
Desktop Publishing, to forma przetwarzania posiadanych informacji z postaci magnetycznej, na papierową. Po to jednak, by urzędnik mógł przetworzyć informację musi ją najpierw zdobyć — bezpośrednio od swojego szefa, pracownika, czy kontrahenta lub też drogą telekomunikacyjną. W pierwszym przypadku, dla zapamiętania informacji, najlepiej posłużyć się dyktafonem, jednym z podstawowych elementów wyposażenia szanującego się biura. Najbardziej pomysłowe, naszym zdaniem, dyktafony pokazała firma Rols. Obok zwykłej mikrokasety posługują się one szeroką taśmą z naniesionym nań nośnikiem. Taką taśmę po nagraniu pożądanej informacji, czy podyktowaniu listu oddziera się po prostu i pisze na niej: Pani Zosiu, proszę mi to przepisać w 3 egzemplarzach. Można też taki magnetyczny list przesłać pocztą w zwykłej kopercie. Gadżet? Może tak, lecz jakże pomysłowy.
Do przesyłania informacji na odległość, przynajmniej w obiegu urzędowym służy u nas teleks. Na „Orgatechnik” nie zauważyliśmy ani jednego takiego urządzenia. Zastąpiły je w 100 procentach modemy i telefaksy. Te ostatnie stały się obowiązkowym elementem wyposażenia każdej firmy. Dobrze by się stało, gdybyśmy poszli tym tropem, bo inaczej nie będziemy mogli porozumieć się ze światem.
Gdy od komputerów, drukarek i faksów mieniło już nam się w oczach mogliśmy od nich, w Kolonii odpocząć zaglądając do tych hal wystawowych „Orgatechnik 88”, gdzie wystawione były elementy wystroju biura — meble, dywany, zasłony itd. Być może to, co tam widzieliśmy nie jest specjalnie interesujące dla czytelnika „Bajtka”. Nie sposób jednak nie wspomnieć o tym, że przykładowo, do kształtu, wielkości i wysokości fotela dyrektora, czy jego sekretarki przywiązuje się równie wielką rolę, jak do jakości używanych przez nich komputerów.
Badacze zajmujący się prognozowaniem rozwoju ludzkości przewidują, że wiek XXI będzie epoką postindustrialną, w której w miejsce dotychczasowych produktów towarem nr 1 stanie się informacja. Biuro, takie, jakiego obraz zapamiętaliśmy z Kolonii, to zatem fabryka XXI wieku, fabryka informacji. Nie wiem, jak Wam, ale nam praca w takiej fabryce wydaje się bardzo interesująca.
Grzegorz Onichimowski, Waldemar Siwiński
