Temat numeru

Grażyna Woźniczko

Bieg przez Patenty

Polski wynalazca dzieciom w szkole kojarzy się głównie z Marią Skłodowską, jej laboratorium w szopie pod Paryżem i wycieczkami rowerowymi, które uwielbiała. Pani Curie jest też klasycznym przykładem na przeświadczenie, że Polak jedynie za granicą cokolwiek zrobić potrafi.

Tymczasem wynalazcy bez rozgłosu, reklamy i oklasków normalnie pracują. W 1984 roku Urząd Patentowy 4556 pomysłów uznał za nowości techniki nadające się do zastosowania. Twórcą, wynalazku może być jeden człowiek lub cały zespół. Można go wykombinować w domu, wówczas właścicielem jest jedynie ojciec pomysłu lub w zakładzie pracy — co daje mu nazwę pracowniczego i przynależność do danego przedsiębiorstwa.

Nowości uznane przez Urząd Patentowy PRL są najrozmaitsze. Różna jest oczywiście ich przydatność, choć zapięcie klamerki do włosów jak i metoda granulacji siarki sprzedana ostatnio amerykańsko—arabskiemu koncernowi ropy naftowej otrzymują jednakowy certyfikat. Jednakowego zaszczytu dostąpiła maszyna nieustannego ruchu, która rzeczywiście ciągle się kręci, choć nikt jak dotąd nie wie po co i roboty przeznaczone do wykonywania ściśle określonych czynności, jak też oryginalna polska metoda wytwarzania białka z krwi bydlęcej, znakomity element pasz, już wykorzystywana przez Węgrów. Ginter Smyczek, górnik pracujący w kopalni „Pstrowski”otrzymał patent na elektroniczną pieluszkę. W księgach Urzędu Patentowego ma również swój katalogowy numer... sztuczny męski członek.

 

Pomysł to tylko początek

Wynalazek opatentowany to taki, który daje właścicielowi prawo do czerpania zysków z jego stosowania. Czyli pieniądze. Od czerwca ubiegłego roku, zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów, na wynalazku można zarobić grube tysiące. W zależności od efektów ekonomicznych pieniądze zbiera i jego twórca i użytkownik. W przedsiębiorstwach wzrasta produkcja, zmniejszają się jej koszty, oszczędza się ludzką pracę, czas i surowiec. Same korzyści. Szkopuł tylko w tym, że przemysł nie bardzo interesuje się wykorzystaniem nowości techniki.

Statystycznie nie wygląda to nawet źle. W ubiegłym roku Urząd Patentowy przeprowadził kontrolę zbierając informacje o losach 2,2 tys. nowych patentów. Wykorzystano ich 46,7 proc. podczas gdy w 1983 produkcji służyło zaledwie 37 proc. nowych rozwiązań technicznych. Ale w statystykach zawsze byliśmy dobrzy.

Jednym z przodujących w wynalazczości są Zakłady Radiowe im. M. Kasprzaka. Efekty ekonomiczne spowodowane zastosowaniem nowych rozwiązań i usprawnień wyniosły w ubiegłym roku 223 miliony, 968 tys. złotych. To dużo czy mało? I najważniejsze — co zyskała fabryka?

Mówi inżynier Andrzej Grudkowski, kierownik działu wynalazczości:

W „Kasprzaku” czas od pomysłu do jego zastosowania wynosi średnio pół roku. Dla nas problemem numer jeden są możliwości zrezygnowania z importu, bez którego nie można dziś robić ani magnetofonów, ani radioodbiorników. Aby zapewnić sobie dewizy podejmujemy nawet niekiedy decyzję zupełnie nieopłacalnego eksportu swoich wyrobów. Stąd preferujemy wynalazczość uniezależniającą nas od zakupu elementów za granicą. Bez naszych racjonalizatorów wyglądalibyśmy znacznie gorzej.

Nie we wszystkich jednak przedsiębiorstwach rozwój techniki jest hołubiony. Dzieje się tak zwłaszcza w zakładach, gdzie wielkość produkcji obliczana jest od kilograma czy tony wyrobów. Robi się więc ciężkie rury i grube pręty metalowe, choć można by je znacznie odchudzić. Wprawdzie zasady reformy miały zmusić przedsiębiorstwa do usprawnienia, ale zmiany te zachodzą wolno zaś rachunek strat i zysków robiony w zakładzie nie przemawia na korzyść rozwoju techniki. Przepisy dotyczące wynalazczości zresztą również.

 

Paragrafem w oko

Twórcami wynalazków bywają często ludzie młodzi. I o takich przede wszystkim chodzi. O młode otwarte głowy, świeże spojrzenie, zdolne ręce. Turnieje Młodych Mistrzów Techniki pokazały, że mamy wielu utalentowanych wynalazców. Cóż, kiedy ich zapał gaśnie, gdy muszą dla opatentowania wynalazku brnąć przez busz przepisów, paragrafów, ustaw, zarządzeń, monitów. Same tylko wymagania dotyczące zgłoszenia wynalazku, czy wzoru użytkowego składają się z 33 punktów. Młodzi ludzie z reguły przepisów nie znają, bywa też, że i zakłady są z paragrafami UP na bakier.

Dyrektor Danuta Januszkrewicz z Gabinetu Prezesa Urzędu Patentowego o przepisach dyskutować nie chce. Są, więc trzeba się do nich dostosować. Patent to nie bułka z masłem i trzeba wiedzieć komu, dlaczego i po co się go udziela. Zresztą wynalazcy, zdaniem Urzędu, niech nie udają, że wobec przepisów są tak bezradni. Jeżeli nowość zrodziła się w zakładzie pracy o dokumentację martwi się przedsiębiorstwo, skoro zaś twórca pracował u siebie w domu czy warsztacie, za rękę przez paragrafy przeprowadzić go może rzecznik patentowy.

Po pierwsze jednak nie wszyscy wiedzą, gdzie go szukać! Po drugie zaś, nawet już wiedząc, nie tak łatwo jest go znaleźć.

Najlepiej w Warszawie. Przy Urzędzie Miasta funkcjonuje Zespół Rzeczników Patentowych. Parę osób. Gdy się je znajdzie, służą pomocą. Bezpłatnie lub według cennika. Jak choćby pan magister Waldemar Zajączkowski, który aby ułatwić szerokiej masie wynalazców życie i przybliżyć przepisy, sam sięgnął po pióro i rąbnął dwa materiały na ten temat w tygodniku „Rzemieślnik”.

Magister opowiada jak dawno temu, kiedy jeszcze Polska liczyła siedemnaście województw, w każdym miał powstać Zespół, grupa ludzi z ramieniami wyciągniętymi do pomocy tym, którzy pragną patentu. Teraz podział administracyjny kraju zmienił się. Stolica na szczęście jednak pozostała i z tej też okazji zachowało się jedyne w kraju biuro rzeczników.

 

Szare na zielone

Największym życzeniem i szczytem narzekań każdego twórcy jest uzyskanie ochrony wynalazku za granicą. Czyli patent gwarantujący, że nikt na obcym terytorium polskiej myśli technicznej nie ukradnie, nie wykorzysta i nie zbije na niej fortuny.

Działa w Polsce instytucja, która chroni nasze genialne pomysły — „Pol—service”. Jak podaje dyrektor, Aleksander Grzybowski, w ubiegłym roku o patenty w innych krajach starało się 84 chętnych.

Sprzedażą zajmuje się dział eksportu osiągnięć naukowo—technicznych. Sprzedać można wszystko, najlepiej licencję, czyli patent, dokumentację techniczną, „wiedzę i szkolenie”. Jest to najbardziej opłacalna dla Polski forma handlu zagranicznego — przynosi zysk stuprocentowy. Przedmiotem transakcji jest przecież pomysł, ten kto go ma, dyktuje cenę.

Pan Krzysztof Hordyński uważa jednak, że zagraniczny kontrahent to klient niezwykle trudny. Boi się ryzyka. Straty każdego centa. Musi mieć pewność zysku. Zanim kupi wynalazek, chciałby go najpierw obejrzeć, dotknąć, wypróbować. Kota w worku nie weźmie za nic. A jak tu handlować, gdy większość naszych pomysłów to tylko myśli przelane na papier, a słowu pisanemu taki na przykład Japończyk nie uwierzy za nic. Obejrzy wprawdzie grzecznie prospekt, przeczyta instrukcję, pokiwa głową z uznaniem, ale zanim kupi, chciałby dotknąć. Wynalazki pracownicze, bądź powstałe w instytucjach naukowych mają czasami swoje prototypy. I te najczęściej udaje się sprzedać.

Nasz kraj zawiera około 15 transakcji rocznie. Zysk — parę milionów dolarów. Największe dochody, jak dotąd, przynosi metoda kucia wałów korbowych opracowana przez prof. Ruta z Poznania. Polską metodę kupili już Japończycy, Włosi. Anglicy, RFN, łącznie siedemnaście krajów świata Większość, razem z pomysłem, koniecznie chce mieć wyszkolonych polskich instruktorów, a za specjalistów płyną do kraju dodatkowe dolary.

Tylko że taki wynalazek, jak metoda kucia wałów korbowych trafia się niestety raz na wiele lat. Jest jeszcze inny problem. Polska od 1919 roku jest członkiem Międzynarodowego Biura Własności Przemysłowej. Przepisy znowelizowanej ustawy nakładają na twórców obowiązek całkowitego pokrywania kosztów ochrony. W dewizach. I to jest z pewnością istotne utrudnienie. Uzyskanie patentu na terenie Francji kosztuje na przykład 3000 dolarów, w RFN—ie 10 000, Holandii 8000. To cena ryzyka, wynalazek bowiem nie zawsze cudzoziemcom się przydaje. Zdaniem pani Marii Klonowskiej, rzecznika patentowego „Polservice” ten brak dewiz nie jest jednak dla wynalazcy przeszkodą nie do pokonania I nie tu tkwi główny problem. Jeżeli bowiem specjalna komisja uzna jego dzieło za nadzwyczajne, „Polservice” za patent zapłaci. Coraz częściej zdarza się natomiast, że nowe rozwiązania mają całe zespoły twórców. Dopisują się do pomysłu dyrektorzy przedsiębiorstwa, rzecznicy i różne ważne osoby. Potem korzyści z patentu czerpią zgodnie wszyscy razem. Pod warunkiem oczywiście, że wynalazek kupi obce państwo. Z tym zaś, jak już była mowa, bywa różnie, zwłaszcza, gdy do zaoferowania ma się tylko papier.

 

Twarzą w twarz z robotem

 

Do „produkcji” wynalazków — teoretycznie rzecz biorąc — powołani są naukowcy z instytutów. Inżynier Lech Foremski, kierownik działu wynalazczości i ochrony patentowej, mówi że praca instytutu ma sens wówczas, gdy naukowcy dostają od przemysłu konkretne zamówienia na opracowanie nowego urządzenia, udoskonalenie metody, usprawnienie maszyny. Wtedy chce się działać, bo wynalazek natychmiast zostaje zastosowany w produkcji, fabryka na niego czeka. Podobnie wygląda sytuacja, gdy badania prowadzi się w ramach tak zwanych problemów węzłowych, których rozwiązanie zaleca rząd dla uzdrowienia gospodarki. Gorzej, gdy profesor, docent czy inżynier sam wpadnie na jakiś genialny pomysł, choć nikt go o to nie prosił. Wówczas ma dwie możliwości — schować patent do kieszeni lub przekonać któryś z zakładów pracy, aby myśl techniczną zechciał wykorzystać. Trudne to zadanie. Jak choćby z robotami, które są specjalnością instytutu. Symbole nowoczesności, których... nikt nie chce. Choć robot jak to robot, przesunie, podniesie, postawi gdzie trzeba i nie myli się. Zatrute powietrze mu nie straszne, ani monotonia i nie męczy się. Fabryki go nie chcą — bo za drogi, nie opłaca się. Rodzynki takie, jak robot zakupiony przez FSO i zaprogramowany do skomplikowanej operacji zgrzewania karoserii samochodowych, wiosny niestety nie czynią.

 

*

 

Na krajowej Naradzie Wynalazców w Poznaniu, dyrektor Instytutu Obróbki Plastycznej, Jerzy Grześkowiak—, grzmiał z mównicy: — Musimy wygrać wyścig ze społecznym niezadowoleniem z obniżającego się poziomu życia w stosunku do innych krajów.

Aby ten wyścig wygrać, należy postawić przede wszystkim na tych, którzy dobrze biegają, tych co decydują o nowoczesności w przemyśle i placówkach rozwojowo—badawczych. Alternatywą jest bowiem gospodarcze zacofanie.

Więc stawiamy na was wynalazcy. Jak przed rokiem, dwoma i dziesięcioma Twórzcie i wymyślajcie. Może któremuś się uda. Dojdzie do sławy, pieniędzy, zaszczytów. Stanie się drugim prof. Rutem.

A przemysł i gospodarka?

Cóż, one rządzą się swoimi prawami. Odstawanie od świata jest jak wiadomo pojęciem względnym.

Grażyna Woźniczko

Czytaj także w dziale Temat numeru
„Bieg przez Patenty”
Grażyna Woźniczko - Razem nr 17 (433) 28/04/1985

Polski wynalazca dzieciom w szkole kojarzy się głównie z Marią Skłodowską, jej laboratorium w szopie pod Paryżem i wycieczkami rowerowymi, które uwielbiała. Pani Curie jest też klasycznym przykładem na przeświadczenie, że Polak jedynie za granicą cokolwiek zrobić potrafi.